Alicja Fiderkiewicz

Z czarną bestią przez świat

W Azji owacja publiczności potrafi trwać bardzo długo, z kolei Włosi reagują spontanicznie, nawet w czasie wykonywania utworu. Alicja Fiderkiewicz w czasie swojej pianistycznej kariery z niejednego pieca chleb jadła, o czym opowiada w rozmowie z Piotrem Gulbickim.

Przed panią intensywny okres.
– W ciągu najbliższych 12 miesięcy wystąpię z szeregiem koncertów w Anglii, Hiszpanii, Stanach Zjednoczonych, Rosji, Singapurze, Malezji i Korei Południowej. Będzie się działo.

Grała pani w wielu krajach, na różnych kontynentach. Specyfika miejsca generuje dodatkowe emocje?
– Do każdego występu, gdziekolwiek się on odbywa, podchodzę z entuzjazmem i daję z siebie wszystko. Natomiast zawsze ciekawym doświadczeniem jest Azja, gdzie publiczność bardzo się angażuje i reaguje spontaniczne. W Japonii oklaski w czasie recitalu są raczej kontrolowane, z szacunkiem dla artysty, za to na koniec następuje długa owacja, a kolejki po autograf ciągną się długim sznurem. Nie zapomnę jak po koncercie w mieście Tochigi podpisywałam płyty przez godzinę, a byłam strasznie głodna. Dobrze, że wzięli mnie potem na wspaniałą kolację.

Muzyka fortepianowa jest w Azji bardzo popularna.
– Szczególnie w Chinach, Korei i Japonii. Jest tam masa młodych, utalentowanych artystów, prezentujących świetny poziom, a do tego w pełni oddanych temu co robią. Dzieci zaczynają grę w bardzo młodym wieku pod surowym okiem „tiger mothers”, ćwiczą godzinami, a ich naturalna elastyczna budowa rąk pozwala na szlifowanie techniki. Świetnie czują muzykę.

I uwielbiają Chopina.
– Niezmiennie, od lat. W ogóle wydaje mi się, że mistrz Fryderyk jest najbardziej popularnym kompozytorem na świecie. Romantyzm, nostalgia, tęsknota za Polską, charakter jego mazurków, walców, polonezów… To wszystko przekłada się na ogromną popularność Chopina wśród pianistów i publiczności. W modzie są też Beethoven, Schubert, Schumann, Liszt, Bach, Brahms czy Mozart.

Ich twórczość ma pani w swoim repertuarze.
– Często do niej sięgam, ale staram się zbalansować program utworami polskich kompozytorów – Paderewskiego, Szymanowskiego, Bacewicz, Lutosławskiego. Do tego dochodzą utwory Ravela, Prokofiewa, Rachmaninowa, Debussy’ego i wielu innych. Jednak najbliższy memu sercu jest Bach, jego fugi po prostu ubóstwiam, od zawsze.

Młodzieńcze zauroczenie?
– Nawet dziecięce. Moja mama kochała muzykę, dlatego w naszym warszawskim domu był fortepian, na którym od czasu do czasu sama grywała. Natomiast ja, mając trzy lata, przysłuchiwałam się prywatnym lekcjom, które pobierała moja starsza siostra i szybko zaczęłam odtwarzać te same utwory – bezbłędnie, w innej tonacji. Okazało się, że mam słuch absolutny i poczucie rytmu, jednak ze względu na mój wiek zapadła decyzja żebym na razie uczyła się pod okiem mamy. Jako 6-latka zaczęłam prywatne lekcje, a rok później zostałam przyjęta do Podstawowej Szkoły Muzycznej w Warszawie. Grałam na wielu koncertach, występowałam w audycjach radiowych, w tym dla wyjątkowo uzdolnionych dzieci, by po dwóch latach przenieść się do Moskwy.

Do Moskwy?
– Mój tato, który pracował w Ministerstwie Żeglugi do Spraw Marynarki Handlowej, został tam attaché w polskiej ambasadzie. Do ZSRR wyjechaliśmy z całą rodziną w 1960 roku. Trafiłam do Centralnej Szkoły Muzycznej przy Konserwatorium Czajkowskiego, ówcześnie najlepszej na świecie i wtedy skończyło się moje beztroskie dzieciństwo. Poziom był niesamowicie wysoki, dlatego musiałam ćwiczyć wiele godzin dziennie, a jednocześnie szlifować język rosyjski, żeby poradzić sobie z przedmiotami.
To były lata wyrzeczeń i ciężkiej pracy, które ukształtowały moją przyszłość. Miałam wspaniałą nauczycielkę prof. Tatianę Kestner, osobiście poznałam Swiatosława Richtera, Emila Gilelsa, Leonida Kogana i wielu innych wspaniałych muzyków. Ale nie tylko fortepianem żyłam, w ramach przedmiotów ogólnokształcących były organizowane wycieczki do muzeów i historycznych miejscowości w okolicach Moskwy.

Ówczesny klimat polityczny dawał się we znaki?
– Byłam bardzo młoda, dlatego nie patrzyłam na to przez ten pryzmat, chociaż dostrzegałam różnice poziomu życia moich radzieckich rówieśników i dzieci na Zachodzie. Miałam porównanie, bo każde w wakacje jeździliśmy z rodziną do Włoch, Austrii, Jugosławii, Węgier, Polski. Najbardziej z tamtego okresu zapamiętałam Wenecję, Rzym, Wiedeń, Budapeszt i… kompletny odpoczynek od muzyki.
Po sześciu latach pobytu w Moskwie wróciliśmy do Warszawy, gdzie zaczęłam naukę w liceum muzycznym. Jako stypendystka Towarzystwa im. Fryderyka Chopina występowałam w Łazienkach, Żelazowej Woli, Pałacu Ostrogskich, Filharmonii Narodowej i wielu innych salach koncertowych w Polsce.

Ostatecznie jednak zakotwiczyła pani w Anglii.
– W 1969 roku zmarła moja mama, której życzeniem było żebym kontynuowała karierę i poszła na studia pianistyczne. To był dla mnie drogowskaz. Dwa lata później, po zdaniu matury, zdecydowałam się na wyjazd do Manchesteru, gdzie rozpoczęłam naukę w Royal Northern College of Music. Wybór nie był przypadkowy, bo pracował tam wybitny pianista i pedagog Ryszard Bakst, którego grę zawsze podziwiałam i chciałam się kształcić pod jego kierunkiem.
W czasie studiów, na które otrzymałam stypendium, bardzo dużo koncertowałam, reprezentując uczelnię w różnych wydarzeniach. Wygrałam Międzynarodowy Konkurs w Dudley, zostałam brązową medalistką Konkursu Premio Dino Ciani w Mediolanie, grałam w Londynie, Liverpoolu, Birmingham, Manchesterze, Edynburgu, Glasgow…
Po uzyskaniu tytułu Master of Music zrobiłam jeszcze roczne studia podyplomowe, po czym kontynuowałam pianistyczną przygodę występując w wielu miejscach, w tym również jako solistka z orkiestrami. Wśród nich były między innymi Halle Orchestra, Manchester Camerata, La Scala w Mediolanie, Filharmonia Warszawska, Da Camera. To bardzo ciekawe doświadczenie, kiedy artysta na scenie nie jest sam na sam tylko z „czarną bestią”.

Jednak zrezygnowała pani z działalności koncertowej.
– W 1983 roku wyszłam za mąż za Anglika, maklera, i moje życie bardziej się ustatkowało. Pięć lat później postanowiłam ograniczyć się jedynie do udzielania prywatnych lekcji i pracy w Chetham’s School of Music w Manchesterze, gdzie byłam zatrudniona jako profesor fortepianu. To było interesujące zajęcie, tyle że dojazdy z Carlisle, gdzie zamieszkałam po ślubie, z czasem stawały się coraz bardziej uciążliwe, szczególnie zimą. Opóźnione, albo odwołane pociągi, podróż trwająca czasami sześć, zamiast dwóch godzin – to wszystko sprawiało, że po 28 latach odeszłam ze szkoły. Z czasem zaczęło mi jednak brakować kontaktu z fortepianem, dlatego w 2002 roku zdecydowałam się powrócić na scenę.

Odważna decyzja.
– Nawet bardzo, po tak długim okresie przerwy rzadko się to zdarza. Ponownie musiałam pracować nad opanowaniem tremy i swoim muzycznym warsztatem, bo konkurencja była ogromna. Debiut zaliczyłam podczas Międzynarodowego Festiwalu w Manchesterze, gdzie wystąpiłam z recitalem chopinowskim i zdałam ten egzamin na piątkę. Zaraz potem zaczęły napływać propozycje koncertów – nie tylko z Wielkiej Brytanii, ale i zagranicy. Oprócz wcześniejszych państw (Szwajcarii, Włoch, Rosji, Ukrainy, Izraela, Polski), zaczęłam występować w Japonii, Singapurze, Malezji, USA, Finlandii, Hiszpanii i na Cyprze.

Który koncert zapadł pani szczególnie w pamięci?
– Trudno powiedzieć, było ich tak wiele. Na pewny szczególny był ten, jaki poświęciłam pamięci mojej siostry Elżbiety, która zmarła kilka tygodni wcześniej. Odbył się w sierpniu 2005 roku w czasie Międzynarodowego Festiwalu w Manchesterze, a wypełniłam go utworami Szymanowskiego i Chopina.
W swojej karierze występowałam w wielu znanych miejscach, w tym w Sali Wielkiej Teatro La Scala w Mediolanie, która jest prawdziwą architektoniczną perełką. No i niesamowita tamtejsza publiczność. We Włoszech ludzie, jeśli coś im się podoba, bija brawo nawet w czasie wykonywania utworu, albo pomiędzy częściami sonaty czy koncertu. Podczas jednego z moich recitali, który odbywał się na otwartym powietrzu, nie dość, że dużo klaskali, to na koniec zaśpiewali happy birthday to you. W jakiś sposób dowiedzieli się, że akurat obchodziłam 25. urodziny i w ten sposób postanowili to uczcić.

Miło.
– Ale nie zawsze tak bywa. Niektóre koncerty są pamiętne ze względu na nienajlepszy instrument, odpadający pedał, dziwne garderoby czy zimne sale. Swego czasu, nawet nie pamiętam już gdzie to było, stroiciel zapomniał założyć hamulce na fortepian. W czasie gry zaczął się on ode mnie oddalać, a ja przesuwałam stołek goniąc za nim. Byłam przerażona, myślałam, że razem spadniemy z wysokiej estrady, na szczęście utwór skończył się zanim do tego doszło.

Pracowała też pani jako juror podczas konkursów.
– I mam nadzieję, że jeszcze do tego wrócę, podobnie jak do prowadzenia warsztatów pianistycznych. Póki co jednak przede mną intensywny rok wypełniony koncertami, po którym, mam nadzieję, przyjdzie czas na dłuższy odpoczynek. Najlepiej relaksuję się w Hiszpanii, w pobliżu Alicante, gdzie mamy drugi dom. Plaża, książki, czerwone wino. Czego chcieć więcej…